W najbogatszej indyjskiej świątynii

W najbogatszej indyjskiej świątynii


Tirupati nie jest specjalnie znane turystom przybywającym do Indii, jednak dla mieszkańców tego kraju jest to jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych, które zyskało sobie renomę najbogatszego ośrodka pielgrzymkowego na całym subkontynencie. Miejsce to, położone u stóp Ghatów Wschodnich, w odległości ok. 150 km na północny-zachód od Madrasu przyciąga miliony pielgrzymów rocznie, chcących odwiedzić świątynię Swamiego Wenkateśwary i stanąć przed obliczem bóstwa w odległych o 10 km wzgórzach Tirumala.

Według legendy Wenkateśwara, czyli ‘ten który niszczy grzechy ludzi’ zaciągnął u boga bogactwa – Kubery, dług na ślub z boginią Padmawati, którego nie był w stanie spłacić. Wierni z całych Indii czują się zobowiązani by pomóc bóstwu i chętnie zostawiają, czasami ogromne kwoty, w świątynnym skarbcu. Krążą opowieści o biznesmenach z dużych miast, którzy przylatują do świątyni prywatnymi śmigłowcami z walizkami pełnymi pieniędzy. Roczny dochód świątyni szacuje się na 20 milionów dolarów. Jest to wielka kwota, która pozwala zarządzającej świątynnym majątkiem Radzie angażować się w wiele charytatywnych i religijnych przedsięwzięć. Pomimo położenia na uboczu szlaków komunikacyjnych popularność Tirupati jest ogromna. Codziennie świątynię odwiedza średnio pomiędzy 50 a 100 tysięcy ludzi a w czasie świąt kilka czy wręcz kilkanaście razy więcej. Rocznie rejestruje się 40-50 milionów pielgrzymów, co czyni z Tirupati najczęściej odwiedzanie miejsce pielgrzymkowe na świecie.

Tirupati służy właściwie za noclegownie i jadłodajnie dla pielgrzymów przybyłych do Tirumali. Najbardziej oddani pielgrzymi aby stanąć przed obliczem Baladżiego (inny przydomek bóstwa) pokonują dystans pomiędzy obydwoma miejscami na pieszo. Różnica wysokości wynosi około 800 m a przemierzenie tej drogi zajmuje mniej więcej 5 godzin. Aby ułatwić pielgrzymom wędrówkę przez całą, miejscami dość stromą, trasę wybudowano betonowy, szeroki na 3 metry chodnik, który na całej swej długości przykryty jest również betonowym dachem, tak aby uchronić pielgrzymów przed często padającym tu deszczem.

Po dotarciu do Tirumali odnosi się wrażenie jakby przybyło się do jakiejś religijnej odmiany parku rozrywki. Cały, rozłożysty szczyt wzgórza obsadzony jest kompleksami świątynnymi, domami pielgrzymkowymi, hotelami, restauracjami dla pielgrzymów i wszelakiej maści sklepami. Kompleks jest czysty. Chodniki, równe drogi, przystrzyżone trawniki, wszystko dookoła nadaje temu miejscu posmak normalności, od której Indie uparcie odzwyczajają. Gdzieś zniknął pośpiech i gwar, powietrze jest czyste, rześkie – ludzie spokojni, zrelaksowani. To pierwsze wrażenia, idąc dalej, w stronę sanctum sanctorum, indyjskość powoli odzyskuje wydarty jej ogromnym wysiłkiem teren. Kramy z bransoletkami, uliczne herbaciarnie, girlandy kwiatów na straganach przypominają nam o tym, że jesteśmy w Indiach. Naszą uwagę zwracają sklepy z czapkami bejsbolowymi. Przy każdym takim sklepie stoi grupka ogolonych do gołej skóry wiernych. Poprzez ostrzyżenie swoich włosów dziękują Baladżiemu za pomoc w trudnych życiowych chwilach, bądź składają przed nim śluby czystości. Próby odnalezienia miejsca, w którym pielgrzymi pozbywają się włosów kończą się niepowodzeniem. Okazuje się, że czynność ta ma charakter na tyle intymny, że odbywa się w specjalnym budynku, niedostępnym dla osób postronnych. Włosy indyjskich kobiet, nie zniszczone przez chemiczne preparaty i od urodzenia odżywiane naturalnymi oliwkami są bardzo cenione w świecie mody, gdzie robi się z nich doskonałe peruki. Sprzedawane są po wysokich cenach na Zachód a dochód ze sprzedaży zasila świątynny budżet.

Aby wejść do świątyni trzeba dopełnić kilku formalności. Najpierw odstać swoje w kolejce do depozytu. Do świątyni nie można bowiem wnosić nic, oprócz portfela, rzecz jasna. Następny krok to rejestracja i darowizna. Od jej wielkości zależy w której kolejce do świątyni się znajdziemy. Najbiedniejsi, w czasie świąt stoją nawet kilkanaście godzin. Aby lepiej zorganizować ruch pielgrzymów wybudowano wielki kompleks kolejkowy z labiryntem korytarzy prowadzących do wizerunku bóstwa…Przed wejściem do jednego z korytarzy jeszcze jedna formalność, dostajemy do ręki formularz, w którym oprócz podstawowych danych osobowych deklarujemy, że jesteśmy czcicielami Baladżiego. Oczywista konsternacja, ale podpisujemy, gdyż przemierzyliśmy 2 tysiące kilometrów nie po to aby teraz odejść z kwitkiem. Jesteśmy w środku. Wężyk pielgrzymów powoli przesuwa się do przodu. Na twarzach nie widać zniecierpliwienia, nie ma gwaru, gestykulacji i innych oznak orientalnego rozgorączkowania. Wszyscy jakby szykowali się na spotkanie z Wenkateśwarą, które potrwa tylko chwilę. W chłodnym, betonowym korytarzu raz na jakiś czas ktoś krzyknie „Gowinda”. Wówczas reszta pielgrzymów jak echo odpowiada tym samym zawołaniem. Gowinda to jedno z imion Kryszny, jednego z dziesięciu wcieleń Wisznu, Wenkateśwara zaś to jedno z wielu lokalnych bóstw, które z biegiem czasu zaczęto utożsamiać z Wisznu.

Powoli zbliżamy się do świątyni, personel roznosi paczki chrupek, dla tych którym dokucza głód. Po prawie dwóch godzinach wychodzimy na zewnątrz, szybkim krokiem przemykamy pomiędzy świątynnymi obiektami i kiedy po dwudziestu minutach mijamy próg świątyni i wydaje się nam, że jesteśmy tuż tuż, okazuje się że skręcamy nie w ta stronę co trzeba… Cofnąć się nie można, jacyś wojskowi zamykają za nami bramki. Złorzeczymy a razem z nami wielu Indusów. Ten błąd kosztuje nas dodatkową godzinę stania w kolejce, w korytarzu, który robi kółko dookoła świątyni. Dodatkowo, w pewnym momencie bramki, tym razem przed nami, zostają zamknięte i pozostają nieruchome nim tajemnicza siła otworzy je z powrotem po kilkudziesięciu minutach. Całkowita niemoc, która pokazuje, że przed wcieleniem boga jesteśmy mali a naszą postawę powinna charakteryzować pokora. W końcu cały pochód rusza. W powietrzu czuć napięcie. Teraz jest już naprawdę blisko. Wchodzimy do serca świątyni – garbagryha – w której według hinduskich wierzeń rezyduje bóstwo, wcielając się w stworzony przez ludzi własny wizerunek. Tym razem wszystko idzie szybko, nawet zbyt szybko. Z daleka widać już znany w całych Indiach wizerunek Baladżiego. Krok za krokiem coraz bardziej czujemy podniosły nastrój tej chwili, potęgowany jeszcze tak długim oczekiwaniem. Patrzymy na twarze hindusów, wszystkie są skupione, pochłonięte przeżywaną chwilą. Oczy wyrażają bezgraniczne oddanie. W końcu stajemy przed Baladżim, patrzymy na jego oblicze zaledwie na kilka sekund, i choć niewierzący, mimowolnie odczuwamy dreszcze na naszym ciele.
Pielgrzymów wychodzących ze świątyni czeka jeszcze prasad – darmowe pożywienie, wcześniej ofiarowane bóstwu, w formie pysznych słodkich kuleczek. Wisienka na torcie dla wszystkich wiernych po spotkaniu z Baladżim. Młody mężczyzna z naszej kolejki z entuzjazmem rzuca w naszą stronę „To jest lepsze niż Watykan”. Uśmiechamy się.