W poszukiwaniu przyjaznej przystani w Delhi

W poszukiwaniu przyjaznej przystani w Delhi


Jeżdżąc do Indii i po Indiach Delhi zawsze mimowolnie znajduje się po drodze czy to jako miejsce, gdzie stawia się swoje pierwsze kroki po przylocie czy też jako punkt przesiadkowy gdzieś w drodze dalej, na północ, wschód czy południe. Chcąc nie chcąc trzeba zatem tam spędzić noc, czasami dwie lub więcej. Delhi to moloch, ale nauczyłem się go lubić i mam swoje miejsca, które odwiedzam a do tego, niemal za każdym razem, poznaję nowe.

Jest jednak w Delhi jedna rzecz, która mnie uwiera – brak swojej przystani, miejsca, do którego bym z przyjemnością wracał, przytulnego, niedrogiego, blisko ludzi i miejskiego życia. Kiedyś naturalnym wyborem był Paharganj i okolice Main Bazaar Road. To miejsce ma nadal niezaprzeczalną zaletę, gdyż leży w pobliżu głównego dworca kolejowego Delhi więc łatwo rano czy wieczorem wziąć swoje rzeczy i po prostu przespacerować się 10 czy 15 minut w stronę stacji. I dzięki temu  Paharganj pozostaje swego rodzaju turystycznym hubem, są tu setki hoteli i hotelików na każdą kieszeń. Jednak przez lata zmieniło się, niestety na niekorzyść. Zawsze było tu potwornie turystyczne, mnóstwo natrętów próbujących robić interesy życia i na siłę wciskających swoje produkty, często marnej jakości i droższe niż w innych regionach Indii, skutecznie uprzykrzało życie. Było też jednak inne, turystyczne życie – dziesiątki, setki podróżników nieśpiesznie zajadających swoje banana pancakes lub thali i popijających lassi, rozmowy o Indiach, porady, wspomnienia. Było przy tym mnóstwo oryginałów, odklejonych od rzeczywistości, przesiąkniętych Indiami, w dreadach upodabniających ich do sadhu, w turystycznych drelichach a nawet przebranych za mitologiczne postaci. Było kolorowo. Teraz ten koloryt gdzieś zniknął, jest zwyczajnie, pospolicie, turystycznie. Mniej backpackersów, mniej oryginałów, gdzie oni się podziali? Do tego przy okazji igrzysk Commonwealthu poszerzono samą Main Bazar Road. Stała się jakoś mniej przytulna. To już nie jest to miejsce, co kiedyś.

Delhi Paharganj

Zacząłem szukać. Dwa razy spałem w dzielnicy Karol Bagh, innym hotelowym zagłębiu Delhi. Początkowo byłem rozradowany, myślałem, że to nowa jakość, nowa, niespotykana tu przestrzeń. Jest czysto, wręcz bardzo czysto. Główna ulica jest deptakiem, jakże miło przespacerować się nie musząc non stop uważać na przejeżdżające ryksze i trąbiące auta. Kolorowe sklepy, sieciowe restauracje. Takie nowe Indie dla klasy średniej, miejsce na modne zakupy i szybkie jedzenie w klimatyzowanych lokalach. Jaka ulga, że nikt nie zaczepia, nie proponuje haszyszu, dziewczyn, złota, nie żebrze, nie wyłudza. Jednak potem przyszło otrzeźwienie. Może to i dobre miejsce, jeśli od razu nie chce się przeżyć zbyt dużego szoku po przylocie do Indii, jednak dla mnie okazało się zbyt mdłe, jakieś sztuczne i nierzeczywiste. Niby nowe Indie, postęp, wzorce przeniesione z ulic zachodnich miast, jednak gdzieś tu się zagubiła autentyczność indyjskiej ulicy, jej żywotność i koloryt.

Słyszałem kilka razy o koloni tybetańskiej w Delhi. Gorąco polecała je moja znajoma. Lubię Tybetańczyków, ich kulturę, pogodny sposób bycia więc pełen nadziei jechałem na spotkanie ze swoją nową ziemią obiecaną w stolicy. Jednak mimo naprawdę wielkich chęci nie znalazłem niczego, żadnego magnesu, który słabo bo słabo, ale jednak przyciągałby mnie w ten zakątek miasta. Nie, nie wrócę już. Jest okropnie bazarowo, tłoczno, w pobliżu wielkich i głośnych tras. Guest house przy świątyni może i nawet przyjemny jednak, gdzie wyjść na nawet krótki spacer, pobłąkać się po okolicy? No właśnie, nigdzie…Zjadłem pyszne momo, trochę zakręciła mi się łezka w oku, w tęsknocie za himalajskim światem i wróciłem rozgoryczony na Paharganj.

Delhi Tibetan colony

Przemierzałem również Stare Delhi wypatrując ciekawych miejscówek, w końcu to serce miasta. Lubię włóczyć się po tych ulicach i uliczkach, pełnych straganów i czasami niemiłosiernie zatłoczonych. Tak, jest to przestrzeń chaotyczna i rozedrgana, ale to jeszcze bym przełknął, bo w końcu takie właśnie na co dzień są Indie. Jednak hoteliki, jeden za drugim, rozczarowywały. Nie wzbudzały jakiegokolwiek zaufania i nie zachęcały do pozostania. Nie chodzi nawet o to, że wyglądają tanio. Może być przecież tanio i dobrze, jednak to jest ten rodzaj hoteli, które są tanie i zapyziałe, niechlujne, niedomyte, zababrane betelem. Miejscowym jakoś to nie przeszkadza, a może nie mają wyboru. Ja mam i dziękuję.

Spałem też w jakichś odizolowanych hotelach, gdzieś na peryferiach centrum, bez historii i bez klimatu. Pełno teraz takich hoteli na wylocie z miasta, miejsc, o których się zapomina następnego dnia. Zupełnie nie dla mnie. Odpada. Dalej więc czekam na jakieś objawienie. Ostatnio słyszałem o pobytach typu homestay, bardzo mi polecano zwłaszcza jeden, w spokojnej, rezydencjonalnej dzielnicy, z domami z ogródkiem. Co prawda nie znajdzie się tam prawdziwego miejskiego życia i nie natknie na doświadczonych turystów opowiadających swoje historie, ale jest podobno prawdziwa familijna atmosfera i możliwość poznania codziennego delhijskiego życia. Podobno. Sprawdzę i może wkrótce będę miał dla Was złotą radę :)