Targ Wielbłądów w Puszkarze

Targ Wielbłądów w Puszkarze


Święto w Puszkarze jest jednym z tych nielicznych indyjskich świąt, które nie ma charakteru religijnego, a właściwie nie powinno mieć, bo z racji tego, że sam Puszkar jest miejscem świętym przyjeżdżający tu ludzie niejako z rozbiegu odwiedzają jedyną w Indiach świątynię Brahmy i uczestniczą w aarti nad brzegami jeziora. Piszę ludzie, gdyż jakoś z trudem przychodzi mi nazwanie ich turystami. Czy cała wioska przywieziona tu na przyczepach od ciągnika bądź ciężarówkach i spędzająca noc pod gołym niebem to już turyści czy może jakaś inna kategoria? Dość senne zazwyczaj miasteczko, liczące zaledwie 50 tysięcy mieszkańców pokryły pulsujące ludzkie fale przemierzające wąskie uliczki miasta w niekończących się kolumnach. Ostatniego dnia, który przypadał w sobotę, gości było 3 miliony, co skutecznie mnie zniechęcało do jakichkolwiek spacerów.

Jednak wracając do tematu, główny cel przyjazdu do Puszkaru to dla nielicznych handel a dla większości rozrywka. Kiedyś chodziło głównie o sprzedaż i kupno wielbłądów i koni, natomiast odkąd pieczę nad świętem przejęła radżastańska organizacja turystyczna jest to w pełni zorganizowane wydarzenie kulturalno-sportowo-artystyczne z programem rozpisanym na osiem dni a udział w ceremonii otwarcia i zamknięcia Pushkar Fair zaszczycają dygnitarze grubego kalibru. Należałoby do tego dodać jeszcze handel, gdyż okolice stadionu obrastają alejkami z tysiącami straganów oferujących niezliczone pokusy dla mniejszych i większych oraz rozrywkę w postaci wesołego miasteczka, z wielkimi karuzelami górującymi nad całą wschodnią częścią miasteczka.

Większość gości z zachodu zainteresowana jest oczywiście wielbłądami. I tutaj przyszło pewne rozczarowanie. Po pierwsze spóźniłem się dzień-dwa, po drugie w tym roku wielbłądów było pięciokrotnie mniej niż zazwyczaj z powodu jakiegoś wirusa. Aby móc przyjechać ze swoimi wielbłądami trzeba było przedstawić zaświadczenie od weterynarza. Oczywiście wielu właścicieli wielbłądów to po prostu wystraszyło. O ile konie trzymane są w specjalnych zagrodach w pobliżu stadionu to wielbłądy i całe rodziny rolników, które przyjechały wraz z nimi stacjonują na wydmach za miastem. Jest to ogromny teren i tylko można sobie wyobrazić jak wygląda, gdy w poprzednich latach było ich tu ok. 20 tysięcy. Na wydmach toczy się normalne życie. Tutaj się śpi, gotuje i je. Jest to w pewnym sensie osobny, niezależny organizm. Gdy święto się kończy całe rodziny po prostu pakują swój dobytek, ładują na wozy i kierują się ku swym domom na wschodzie, południu i północy.

Jest to świat dumnych mężczyzn z podwiniętym wąsem, czerwonym turbanem i kolczykami w uszach, świat kobiet w kolorowych szatach i dzieci nauczonych od małego jak prowadzić gospodarstwo. Jest to po prostu tradycyjne życie jeszcze nie bardzo nadgryzione przez nowoczesność. Życie w którym pielęgnuje się pieczołowicie stare tradycje i świat w którym ludzie nie są znudzeni oglądając wielogodzinne przedstawienia wystawiane przez wędrujące trupy. Jednocześnie, by nie przesłodzić, jest to świat analfabetyzmu, aranżowanych małżeństw i patriarchalnych zachowań. Świat jaki istniał tam od kilku tysięcy lat. To fascynujące, że można go wciąż zobaczyć i że trwa brew zmieniającej się dookoła rzeczywistości. Jakże wielka i ciągle powiększająca się jest różnica między indyjskimi miastami a wsią.