O kawie w Indiach

O kawie w Indiach


Raz na jakiś czas, z ogromną przyjemnością siadam w naszym żoliborskim Secret Life Cafe na moją ulubioną flat white. Czytam gazetę, pracuję, obserwuję. Są też inne kawiarnie, rozmowy, spotkania. Kawa to prawie zawsze jakaś wyjątkowa chwila, czas na uspokojenie, zebranie sił, czas na wymianę myśli, większe skupienie. To też chwila, kiedy można napić się kawy z mlekiem, bo w domu piję czystą czarną :)

Piszę o kawie, bo  czuję, że w Indiach ta chwila nabiera jeszcze większego znaczenia. To część większych przemyśleń pod tytułem „Dlaczego w Indiach wiele rzeczy smakuje inaczej?”. Nie chodzi mi o normalny zmysł smaku, bo czasami, nawet tu w Indiach, ani kawa, ani posiłek nie przechodzą mi przez gardło. Chodzi o coś innego. O odświętność jaka towarzyszy jedzeniu i piciu. Zdałem sobie sprawę, że kawa w Indiach to coś o wiele bardziej wyjątkowego. Podróżując po kraju, gdzie może 5% społeczeństwa jest w stanie pozwolić sobie na kawę w lokalu (prawdziwą, nie zbożową na ulicy czy w pociągu) możemy poczuć się wybrańcami. Wejście do kawiarni to nie jest po prostu przekroczenie progu lokalu jak u nas. To zmiana światów. Z biednej ulicy wchodzimy do pomieszczenia, do którego większość dopiero co mijanych nas ludzi nigdy nie wejdzie. Siedzimy więc w środku klimatyzowanego lokalu i nawet nie będąc tego do końca świadomymi czujemy się jak wybrańcy, ci, którzy mogą odetchnąć z ulgą, ci, których stać na to by odetchnąć z ulgą, że przyjemnie chłodno, że przyjemnie luźno, że kawa smakuje jak kawa.

Może właśnie dlatego tu nawet wizyta w McDonald’s staje się wydarzeniem, przyjmuje zabarwienie ekskluzywności, zwłaszcza, że drzwi do restauracji otwiera nam umundurowany strażnik. Czy Indusi ze średniej klasy czują podobnie? Myślę, że tak. Obserwując ich swobodne zachowanie i pewny siebie ton widać, że w takich miejscach czują się jak ryba w wodzie, są na swoim gruncie. Odzyskują rezon, ich twarze rozpromieniają szerokie uśmiechy, w powietrzu wibrują głośne rozmowy. Tak, jasne, jedzenie i picie, to czas przyjemności, czas rozluźnienia. Jednak, zwłaszcza tu, w Indiach, to rozluźnienie przychodzi po wielkim spięciu. Wielkie rozluźnienie po wielkim spięciu. Po przeciskaniu się przez zatłoczone ulice, po ciężkiej pracy czy nauce do późna w nocy na egzaminy, których po prostu nie można oblać, po nierównej walce z obezwładniającymi temperaturami, hałasem, spalinami.

Dlatego usiąść w klimatyzowanej kawiarni i wypić cappuccino, na które przeciętny robotnik musiałby wydać połowę swojej dziennej pensji, jest wydarzeniem, jest małą, wielką przyjemnością, małą, wielką odskocznią. To jak spontaniczny wyjazd za miasto w piękny majowy dzień, to jak chełst rześkiego, górskiego powietrza, po którym przyjemnie zakręci nam się w głowie, to jak spojrzenie na bezkresny, morski horyzont, który daje nadzieję. I poczujemy się odżywieni, odprężeni, silniejsi, więksi jakby, ponad tych, którzy będą nam zagradzać drogę, gdy już trzeba będzie wyjść na ulicę.